Rozdział I, cz.1


piątek, 16 września 2011, 14:18

W poniedziałek dwudziestego piątego lutego, dwutysięcznego dziesiątego roku w Krakowie przy ulicy Lubicz padał deszcz ze śniegiem. Pochmurne niebo nie zwiastowało niczego dobrego. Godziny szczytu. Ludzie na zakorkowanych ulicach pośpiesznie szli do swoich domów po pracy. Trzymali w rękach parasole. Ci, którzy akurat tego dnia zapomnieli wziąć ich z domu, szli coraz szybciej. Pewnie nie chcieli złapać przeziębienia pod koniec zimy. Deszcz tego dnia był wyjątkowo chłodny. Wiadomo – deszcz ze śniegiem. Każdy normalny nie chciałby zmoknąć. Zdenerwowani ludzie z samochodów trąbili na kierowcę, który zagapił się na światłach. Wszystkim spieszyło się do swoich domów. Na ciepły obiad do żony, na popołudniowe wiadomości w telewizji, na ulubiony serial.


Z Instytutu Nafty i Gazu wprost na mokry i prawie pusty chodnik wyszedł młody mężczyzna. Stał z plikiem dokumentów w teczce na tym chodniku i wpatrywał się bezwiednie w pochmurne niebo. Na jego twarzy można było dostrzec szeroki uśmiech. Był z czegoś wyraźnie zadowolony…





Trzy godziny wcześniej usiadł przy biurku dyrektora instytutu i z trzęsącymi się rękami podał mu na stół jakiś dokument. Starszy mężczyzna szybko przeczytał jedną stronę i wyraźnie się zmieszał. Zestresowany penitent nie potrafił nic powiedzieć. Czekał tylko na decyzję dyrektora.
- Panie Piotrze, czy przemyślał pan dobrze tę decyzję? – spojrzał na niego z zaciekawieniem. - Jest pan młody, dopiero po studiach, co prawda doświadczony…, moment, od ilu lat pan tutaj pracuje?
- Dokładnie od kiedy skończyłem trzeci rok fizyki, panie dyrektorze. Już ponad dwa lata.
- Tak, tak… - Zamyślił się głęboko. – Chciałbym dać panu tę szansę. Właściwie, to powinienem mówić do pana od dzisiaj „panie magistrze”. Ach, zapomniałem pogratulować! – Nagle wstał i oficjalnie uścisnął rękę Piotra. Usiadł na miejsce i kontynuował. – Jest pan dobrym pracownikiem, Zdobył pan dla naszej firmy wiele zleceń. Tak… Naprawdę chciałbym dać panu tę szansę. Młodzi zasługują na nie najbardziej. Ale czy jest pan na to wszystko przygotowany? Tyle się teraz mówi o tych zamachach terrorystycznych. A chyba zdaje pan sobie z tego sprawę, że Pakistan nie należy do najbezpieczniejszych krajów. Mimo tego, moi pracownicy jeździli już tam nieraz. Do Afganistanu czy Iraku też. Nigdy nie było większych problemów. Jeśli chodzi o Pakistan, to wystarczy mówić dobrze po angielsku, oni tam znają. Bo to przecież ich urzędowy.


Dyrektor instytutu mówił i mówił. Piotr nie chciał mu przerywać. Tamten na pewno uznałby to za wielki nietakt. Mężczyzna nie mógł uspokoić rąk. Da mu wreszcie tę szansę, czy nie da? Badanie terenów pod budowę gazociągów byłoby dla niego ogromną szansą do zrobienia kariery. Niecierpliwił się.
- Mam tylko jeszcze jedno, można by powiedzieć, najważniejsze pytanie. Czy jest pan gotów zostawić swoją rodzinę, przyjaciół i wyjechać na około rok na inny kontynent, ponad dziesięć tysięcy kilometrów od domu?


Piotr nie odpowiedział i zamyślił się. To przecież oczywiste, że mama by za nim tęskniła. Jest w końcu jedynym jej dzieckiem. Ale już z nią o tym rozmawiał. Bardzo zależało mu na tym wyjeździe. Można było tam zarobić dużo pieniędzy, o wiele więcej niż w Polsce. Dwudziesto-cztero latek, taki jak on, miał wielką szansę na zrobienie kariery w innym kraju.
- Rozumiem wszystko, panie dyrektorze. Nie mam ani dziewczyny, ani żony, więc będzie tęsknić tylko mama. Myślę, że przetrzyma jakoś ten rok. – odpowiedział z uśmiechem.
- W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko pogratulować panu! – oświadczył dyrektor, a Piotr natychmiast wstał z wyrazem euforii na twarzy. – Mam nadzieję, że dobrze pan wykorzysta tę szansę. – Przekazał mu gruby plik dokumentów. – Proszę, tutaj jest wszystko niezbędne dla pana wyjazdu. Wiza, karta kredytowa, czeki, bilet na samolot, pakistańska karta SIM, informacje o tradycji i kulturze Pakistanu. Ach, i oczywiście wytyczne w sprawie gazociągów. Rozmówek angielsko-polskich nie dołączałem. – Dodał z uprzejmością. – Wiem, że pan sobie doskonale poradzi. Wylot dokładnie za tydzień, czwartego marca. Ma pan tam wszystko napisane w dokumentach.
- A… skąd pan wiedział, że się zgodzę? Już bilet i to na moje nazwisko? – zapytał zaskoczony mężczyzna.
- Wie pan, panie Piotrze. Wiedziałem, że nie trzeba będzie długo namawiać. W pana CV, gdy pan przyszedł do naszej firmy napisał pan, że jest gotów na każdy służbowy wyjazd. Doceniłem to.
- Dziękuję, jeszcze raz dziękuję! – prawie krzyczał, podając rękę dyrektorowi.
- Jutro proszę przyjść do mnie, porozmawiamy o wszystkim, co musi pan zabrać do Pakistanu. Oczywiście na lotnisku będzie czekało kilku naszych pracowników. Niech pan się nie martwi… Ach, panie Piotrze, jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. By lepiej i łatwiej się zaaklimatyzować, nie wynajmujemy żadnych mieszkań dla badaczy. Każdy z tych mężczyzn mieszka gościnnie w jednym z mieszkań Pakistańczyków. Już załatwiłem panu miejsce u jednej rodziny. Mówią po angielsku, więc nie będzie pan miał problemów. Będzie pan tam miesiąc, na okres próbny. Jeśli się panu nie spodoba, przemieścimy pana gdzieś indziej.


Piotr słuchał tego wszystkiego i nie dowierzał własnym uszom. To wszystko działo się tak szybko! Gdy dyrektor skończył mówić, bez słowa podał mu rękę i wyszedł z budynku.


Na chodniku stał jeszcze kilka minut, cały czas ściskając mocno plik dokumentów. Później poszedł na przystanek tramwajowy, a po dziesięciu minutach siedział w kuchni z mamą i razem przeglądali papiery. Piotr nie chciał zauważyć – lub naprawdę nie zauważył – tego, że matka płacze. Wiedział jednak, że gdyby ją przytulił, rozkleiłaby się jeszcze bardziej. Pił więc spokojnie herbatę i czytał informacje o locie. Wylot jedenastego z Warszawy do Londynu, około trzech godzin. Później po sześciu godzinach odlot do Islamabadu. Przelot będzie trwał około ośmiu godzin. Nigdy jeszcze tak długo nie leciał. Najdalej do Niemiec…


Późnym wieczorem obejrzał krótki dokumentalny film o wojnie prowadzonej przez Stany Zjednoczone z terrorystami w Azji, następnie położył się w zimnym łóżku. Długo nie mógł zasnąć. Pomyślał, że przed odlotem będzie się musiał zaszczepić przeciwko chorobom występującym w tamtej części kuli ziemskiej, w innym klimacie.


 


Na warszawskim lotnisku jak zawsze było tłoczno. Ludzie biegali ze swoimi walizkami na końcówkę odprawy bagażowej, innym się wcale nie spieszyło, a tylko siedzieli znudzeni na ławkach. Niektórzy stali przy miejscach, gdzie wychodzili na lotnisko pasażerowie, których podróż właśnie się zakończyła. Z niepokojem lub zadowoleniem czekali na swoich bliskich, ukochanych.


Jego lot do Londynu nie był opóźniony. Przechodził właśnie po odprawie biletowo-bagażowej do stoiska z odprawą bagażu podręcznego, gdy zadzwonił telefon.
- Słucham? 
- Witam, panie Piotrze! Wszystko w porządku? Dzwonię, by się upewnić. – usłyszał głos swojego szefa.
- Tak, wszystko idzie jak po maśle – odpowiedział ze szczerym uśmiechem – właśnie idę do drugiej odprawy, później już tylko lot.
- Poradzi sobie pan tam w Londynie? Dobrze, że samolot do Pakistanu jest niedługo po pana przylocie do Anglii. Lot opóźniony? – zapytał z wahaniem.
- Nie nie, naprawdę wszystko idzie zaskakująco sprawnie, niech pan się nie martwi. Oczywiście, że sobie poradzę. Nieraz latałem samolotami. Och, muszę kończyć, zaraz będzie moja kolej. 
- Dobrze, w takim razie zadzwonię jak pan doleci do Islamabadu. 
- Do usłyszenia!


Wsiadł do samolotu wypełnionego ludźmi, obok jakiejś matki z rozwydrzonym dzieckiem. Nie miał innego wyboru, gdyż inne miejsca były już pozajmowane. Trzyletnie dziecko, jak się później okazało, o imieniu Mateusz, przez cały czas trwania lotu nie pozwoliło odpocząć pasażerom siedzącym niedaleko. Płakało, krzyczało, chodziło pod siedzeniami. Na nic nie pomogły uspokajania matki. Piotr, by nie odczuwać skutków tych wybryków, wyjął discmana z plecaka i zanurzył się w muzyce Pink Floyd. Mężczyzna był zaskoczony tym, że dyrektor tak troszczy się o swoich podwładnych. Współpracownicy mówili mu, że kiedy ktoś zachorował i nie przychodził do pracy, szef codziennie dzwonił i wypytywał o stan zdrowia. Lecz nie po to, by szybciej zwabić podwładnego do firmy. Dyrektor powiedział mu pewnego dnia, że stara się o certyfikat jakości. Być może dlatego się tak przyjaźnie zachowywał. Ale Piotr naprawdę uważał go za autorytet. Zawsze gotowy do pracy, kreatywny i ambitny facet z ukształtowanym życiem rodzinnym – tacy ludzie byli i są cenieni. Gdyby to Piotr przyznawał certyfikaty, jego szef dostałby go od ręki.






Szablon

Wykonany przez Assonnatę, tylko i wyłącznie dla Siły tradycji. Oglądaj w Chrome 1028x1024.